czwartek, 10 stycznia 2019

Jak przetrwać codzienność?

Jak przetrwać codzienność? Od pewnego czasu także zadaję sobie te pytanie. Pewnie nie tylko ja, lecz większość ludzi na naszej pięknej Ziemi. Szczególnie gdy zadzwoni budzik. Nie mam odpowiedzi. Czytałam filozofów, dokładnie udało mi się jednego i nie był to Planton. Oglądałam zdjęcia Deynn i śledziłam dramy na Youtubie. Zapełniało jedynie czas.

Ja żyć? Nie dało mi to jednak odpowiedzi. Porzuciłam także oglądanie debat politycznych o marchewkę. Łudziłam się kiedyś, że wiem coś o świecie, bo oglądałam codziennie wiadomości. Teraz wydaję mi się, że chociaż nie śledzę każdego słowa Trumpa i co się dzieje w Syrii, moje serce jest bardziej otwarte. 

Niektórzy szukają pocieszenia w gwiazdach. Ucieczki od codzienności. Ja się trochę obawiam, bo tam w górze jest samotnie. Gwiazdy, planety, planetoidy, podobno czarna materia. Tam nie ma ludzi, a może i życia w ogóle. Chociaż czasami to zaleta. Ostatnio byłam zaskoczona, kiedy czytałam o Drodze Mlecznej, że tak mało znamy o naszej galaktyce, że nawet nie jesteśmy pewni jak wygląda! Próbuję więc patrzyć w górę, choć w moim mieście rzadko można obserwować gwiazdy.

Czasami spoglądam też na inne gwiazdy. Przecież to jakie budujące, że taka czy inna piosenkarka też ma podobne problemy. Jenner Kendall też miała problemy z cerą, a Cardi B rozstała się z mężem. Można z nimi płakać, ale cieszyć się z ich szczęścia. Oczywiście to może przerodzić się w wścibskość i złośliwości. Unikam. Z tym nie należy przesadzać.

Niebezpieczeństwo także w tym, że gdy patrzymy zbyt długo na gwiazdy, to może uwolnić się od Ziemi, ale bardzo trudno na nią wrócić. Gdy zaś obserwujemy celebrytów, znanych ludzi i artystów dostrzegamy albo widzimy jedynie kolorową stronę ich życia.  Ta szara, codzienna ukryta jest przed naszymi oczami. Wydaję mi się, że nawet bogowie na Olimpie się nudzili. 

W banałach i pięknych słowach szukam ukojenia. Zawsze wydawało mi się, że nie lubię na zbyt pięknotoku. Ostatnio jednak jestem wrażliwa na słowa i zdania. Staram się mówić dobrze do siebie. Z cierpliwością i miłością. Prawie mi się to udaje. Rozjaśnia to czasami ciemne jeszcze poranki. Wzruszam się nawet wtedy, kiedy czytam posty moich znajomych o samoakceptacji.

Trudno jest mi powiedzieć jak radzić sobie z życiem codziennym. Próbuję zatem szukać pomysłu na wypełnienie międzyczasu. Patrzę w gwiazdy i próbuję gotować. Chce znaleźć trochę piękna w tej codzienności. 

wtorek, 18 grudnia 2018

Lista tureckich piosenek na Sylwestra ;)

Lista, lista, lista przebojów. W tym roku przygotowałam Wam listę moich ulubionych tureckich piosenek na Sylwestra, które towarzyszyły mi przez ten rok. 

Zaznaczam, że pochodzą one z różnych okresów i stylistyk. Wszystkie jednak można uznać jako muzykę rozrywkową i do tańczenia. Może innym razem przygotuje listę smutasów. Mam nadzieję, że te inspiracje mogą ubarwić niejedne prywatkę czy niejedne Youtubeparty. Muszę jednak Was zmartwić. Mój turecki jest na poziomie początkowe A1, czyli: Cześć? Jak się masz? Zatem często nie mam pojęcia, o czym jest rzecz w tych pieśniach. Jedynie gdy moja ciekawość sięga zenitu sprawdzam tłumaczenie.


1. Oczywiście Hadise! I to nie z jej eurowizyjnym przebojem. Miałam zagwozdkę, którą Wam polecić. Wybrałam Sifir Toleranz. Nie dość, że można zanucić, to jeszcze dobre lekarstwo na złamane serce. Nie tylko zatem na Sylwestra. 



2. Chcecie zatem wylać swoje emocje na parkiecie? To Yolla Tarkana jest dla Ciebie. Tak, to ten sam co śpiewał o pocałunkach. Dobra do śpiewania, dobra do tańczenia. Warto zauważyć, że Tarkan z wiekiem jest coraz bardziej przystojniejszy.




3. Mam słabość do kanału Youtubowego Anatolian Rock Revival Project. Tam odnajduję smakowite kąski. Dodatkowo dodawana jest tłumaczenie piosenki. Wśród nich jest klimatyczne Sevmek istiyorum



4. Teraz po prostu Manuş Baba! Przyjemna, trochę nostalgiczna, serdeczna piosenka! Piosenkę, która budzi we mnie same pozytywne emocje. Na Sylwestra z najbliższymi i przyjaciółmi. Na teledysku urocze uliczki Stambułu. 


5. Na tej liście nie mogło zabraknąć Ebru Polat. Może na pierwszy rzut oka jej stylistyka przypomina naszych sióstr Godlewskich, ale na szczęście jej utwory są słuchalne. Nie będę ukrywać, że mam do niej słabość. Po jej piosence zrobi się naprawdę bardzo gorąco.  


6. Nie ma imprezy bez Niego! Przeczytałam w Internetach, że ktoś nazwał go tureckim Krawczykiem! Wydaję mi się, że jest bardzo prawdziwe porównanie. Poniżej prezentuję Wam moją ulubioną piosenkę, która jest podobno bardzo smutna. Sam teledysk z stalkerstwem w tle podnosi mnie na duchu i do tego kończy się jak w komedii romantycznej.


7. Hey Douglas, czyli grupa, która miesza piosenki z lat 60-tych i 70-tych z nowymi brzmieniami. Dzięki nim zaczęłam poznawać stare przeboje. Warto posłuchać ich interpretacji, a później sprawdzić utwór na już wspomnianym kanale Anatolia Rock Project.



8. Nie z Turcji, lecz z słonecznej Hajfy. Jednakże po turecku i z folkowym klimatem. Uwielbiam całym sercem. 


9. Często na imprezach pojawiają się chwile przestoju. Warto puścić coś niezobowiązującego, coś syrenowatego, pięknie kiczowatego. Z tego właśnie gatunku jest Katula, Katula. Dlaczego stylistyka wczesnego wieku XXI już przeminęła? 




10. Nie mogło zabraknąć także legendy. Wyjątkowy i niezwykły Barış Manço. Można wówczas pięknym i nostalgicznym akcentem zakończyć imprezę i rozpocząć Nowy Rok.


Mam nadzieję, że ten Sylwester będzie przynajmniej zabawny. Zawsze przecież można zrobić YouTube-party i dobrze się bawić. Mam nadzieję, że kilka propozycji Wam się podoba. Przygotowałam także playlistę, którą można wykorzystać na ten wieczór i nie tylko. Czy macie swoje ulubione tureckie piosenki?


niedziela, 9 grudnia 2018

Moje spotkanie z Instagramem.

Przykład relacji nr 1.
Jestem szczęśliwą posiadaczką konta na Instagramie już prawie od trzech miesięcy. Mam jednak mieszane uczucia, chociaż codziennie kilka razy sprawdzam tą aplikacje.

Większość moich polskich znajomych nie ma konta na Instagramie. Nie odczuwałam większej potrzeby, aby dołączyć do tego zacnego grona Instagramerów. Czasami chciałam śledzić gwiazdy, gwiazdeczki i youtuberów, ale Facebook i fragmenty lajwów na Youtubie mi wystarczały. Także moja stara komórka prawie dychała, więc taka aplikacja skrócić agonię (co się poniekąd stało).

W Turcji i Azerbejdżanie to właśnie Instagram staje się główną aplikacją mediów społecznościowych. Oczywiście głównie przodują młodzi. W kraju ognia i herbaty na przykład można znaleźć nowy zegarek, ofertę sklepu stacjonarnego, a i w najlepszym wypadku męża/żonę. Z zresztą to też świetne miejsce, aby zrzucać tysiące zdjęć z ślubów, zaręczyn, spacerów po bulwarze, szkoły uniwersytetu, uroczystości obrzezania brata. Po prostu niezliczonej selfiaków/zdjęć grupowych/portetów! Warto dodać, że większość moich znajomych ma konta zamknięte i traktuje je bardzo osobiście. 

Moim powodem założenia Instagrama była chęć walki z nudą i poczuciem pustki. Dobrze się przecież podbudować kilkoma lajkami. Obserwowałam moich znajomych i wydawało mi się, że dawania relacji jest super świetną zabawą. Także przez ramię koleżanki oglądałam Instastory gwiazd, które opowiadały o swoich nowych szczęściach i nieszczęściach, codziennych sprawunkach, nowych akcjach sponsorowanych itp. Ten poziom pozornej intymności mnie przekonał. Mogę podglądać co robi Deynn!

Otworzyłam zatem konto. Dodałam zdjęcie z Facebooka i... w sumie nic. Moi znajomi zaczęli mnie obserwować. Dla uprzejmości i ciekawości także zaczęłam śledzić ich profile. Niestety większość z nich dodaje te same zdjęcia co na Facebooku. W pierwszym dniu co jakiś czas odświeżałam stronę, ale nowych treści nie przybywało. Relacje, relacjami i jest fajna zabawa przy ich tworzeniu, ale potem tylko wyświetlenia, pojedyncze reakcje. 

Przykład relacji nr 2.
Coś chyba mi mówiło, że jednak nie umiem Internety, chociaż od mediów społecznościowym jednak jestem uzależniona. Gwiazd także dużo nie polubiłam, bo stwierdziłam, że to zupełnie mi zaśmieci moją stronę startową. Jak będę szukać to sobie ręcznie poszukam, bez dodawania do obserwowanych. Moja koleżanka z Turcji stwierdziła, że ona właśnie te wyszukiwanie lubi i tam spędza czas na Instagramie. Ja tam na chwilę tylko wpadam.

Oprócz tego, że Instagram daję mi poczucie kontaktu z znajomymi, powoduje, że czasami jestem bardziej smutna, że nie jestem z nimi. Także pojawia się niezadowolenie, że nie jestem na super wakacjach ani nie prowadzę ciekawych projektów. I że jakoś tak utknęłam, bo nie mam czym się pochwalić. To oczywiście uczucia, które mogą wystąpić nawet przy Facebooku. 

Chciałabym jednak wykorzystać Instagrama bardziej twórczo tzn. jako miejsca, które by mi się trochę wyżyć (np. tysiąc artystycznych zdjęć mojego miasta). Mogło by mi pomóc także w pozytywnych wyzwaniach jak nauka języka czy regularne ćwiczenie jogi. Nie ma jak kontrola społeczna, która pomaga ci się stać lepszą! 

Nie żałuję, trochę się uzależniłam, ale jednak wyobrażałam, że posiadanie Instagrama daje większą zabawę, chociaż to chyba jest uzależnione od moich umiejętności. Zauważałam także u siebie początki Instagromowego oka, czyli jak zrobić zdjęcia z każdej sytuacji życiowej, aby je potem opublikować i zdobyć tysiące serduszek i uśmieszków. 

Teraz Was przepraszam, bo muszę kończyć. Idę sprawdzić ile osób wyświetliło moją relację  o choince. 




poniedziałek, 3 grudnia 2018

Spotkanie wolontariuszy EVS

W dniach 30 listopada-2 grudnia miałam okazję do udziału w spotkaniu wolontariuszy EVS, którzy w tym roku odbyli projekty w ramach programu Wolontariatu Europejskiego. Do podwarszawskiego Konstancina przyjechaliśmy z różnych części Polski. 

W trakcie naszego spotkania mogliśmy podzielić się swoimi doświadczeniami oraz przeżyciami. Także zastanawialiśmy nad przyszłością. Jak urządzić życie po wolontariacie. Rozmawialiśmy o wykorzystaniu nasze kompetencje, które nabyliśmy w czasie trwania projektu, w naszym życiu zawodowym. 

Dla mnie najważniejsze było poczucie, że spotkałam osoby o podobnych przeżyciach. Byliśmy w różnych krajach, realizowaliśmy różne projekty i spotkaliśmy różnych ludzi na naszych wolontariackich drogach. Jednakże czułam że łączyło nas wspólne ogólne doświadczenie EVS. Dzięki pomocy trenerek oraz koleżanek i kolegów dowiedziałam się również jakie mam możliwości po wolontariacie. 

Warto powiedzieć, że EVS (Wolontariat Europejski) teraz będzie znany jako Korpus Solidarności Europejskiej. Jeżeli jesteście zainteresowani wyjazdem na wolontariat zarejestrujcie się na stronie. W ramach programu będzie również możliwość odbycia stażu w miejscach, które związane są z ideą solidarności i pomocy innym. Poniżej znajdziecie bazę projektów, a także najważniejsze informacje o samym Korpusie. 


Ten pełen wrażeń weekend był symbolicznym zakończeniem mojego projektu w Azerbejdżanie i otworzeniem się na teraźniejszość i przyszłość. Spotkanie stało się dla mnie zastrzykiem inspiracji. Także nabrałam ochoty do zobaczenie nowych miejsc w Europie. 

Ps. Chciałabym zaprosić do przeczytania moich krótkich wspomnień, które pojawiły się na stronie internetowych mojej organizacji przyjmującej Semper Avanti: Wolontariat w Azerbejdżanie.


wtorek, 30 października 2018

Pożegnanie z Azerbejdżanem.

Ten miesiąc wiązał się z zakończeniem mojego projektu Wolontariatu Europejskiego i moim powrotem do domu. Za czym będę tęsknić za Azerbejdżanem?

Gdy wylądowałam na lotnisku we Wrocławiu powitała mnie deszczowa, pochmurna pogoda. Przez 11-miesięcy przywykłam jednak do zupełnie innych krajobrazów, zachowania i języka. Na szczęście leciało ze mną wielu Polaków, więc nie doznałam po lądowaniu wielkiego szoku kulturowego. 

Widok na Baku

Po tygodniowym procesie adaptacyjnym w mojej rodzinie miejscowości zaczęłam się zastanawiać, za czym tęsknię najbardziej. 

Po pierwsze będę tęsknić za ludźmi. Nie tylko za moimi przyjaciółmi i znajomymi, z którymi spędziłam piękne chwile. To zupełnie oczywiste. Za serdecznością i także zainteresowaniem ludzi. Oczywiście czasem te ostatnie może być czasami męczące. W Gandży bowiem sąsiedzi wiedzą o tobie więcej niż ty sam. 

Stoiska w Gandży.

Już dzisiaj brakuję mi niektórych potraw takich jak gandżańskie kəte (rodzaj placka z ziołami) czy zupa z soczewicy (mərci şorbasi). Również mięso w Azerbejdżanie było dla mnie smaczniejsze. Tęsknię już za dobrym Lüle Kebab. Nie mam niestety zdolności kulinarnych, więc na grunt domowy przyniosę jedynie pomidor yumurtę, czyli pomidory z jajkami. Danie pomiędzy jajecznicą a omletem.
Mərci Şorbasi

Po powrocie również uderzyły mnie polskie ceny, szczególne komunikacji miejskiej. Jakże z utęsknieniem wspominam, gdy za metro w Baku płaciłam 70 groszy. Tak jakby były to zamierzchłe czasy, opowiadania o srebrnej epoce. 
 
Będę także tęsknić za tymi dyskusjami w maşrutkach, które podsłuchiwałam i nic z nich nie rozumiałam. W Polsce jednak ludzie plotkują za cicho i raczej tematy wydają się niezbyt ciekawe. Ile można rozmawiać o kocie Kaczyńskiego!

Po moim krótkim mieszkaniu w kraju ognia i herbaty pozostawiają mi wspomnienia, zdjęcia i kilka pamiątek. Podczas długich jesiennych wieczorów będę wracać do Gandży lub Baku dzięki azerbejdżańskiej muzyce. Ale o niej następnym razem..

piątek, 21 września 2018

Aszura w Imam Zade

20 września 2018 r. mieszkańcy Gandży rozpamiętywali dramatyczne wydarzenia, które rozgrywały się kilkaset lat temu, w bitwie pod Karbalą. Dziś opowiem o moich przeżyciach związanych z obchodzeniem Aszury w Azerbejdżanie. 


Aszura jest ważnym muzułmańskim świętem. Jednakże ze względu na podział islamu, sunnici i szyici interpretują inaczej to wydarzenie. Dla szyitów to czas żałoby związanej z śmiercią Husajna, syna Fatimy i Aliego, wnuk Mahometa. Zginął on w trakcie bitwy z wojskami kalifa Jazida pod Karbalą (61 roku muzułmańskiego).

Moją przewodniczką po tym niezwykłym wydarzeniu była Xəyalə, która zabrała do jednej z najważniejszych miejsc tego dnia. Z cierpliwością odpowiada na wszystkie moje pytania związane z tą żałoba. W tym szczególnym dniu mieszkańcy Gandży starają się oferować pomoc i szczególnie zwrócić uwagę na dobre uczynki. Tak też było w tym roku. Jeden z kierowców oferuje nam darmową podwózkę do Imam Zade. To przyjęty tutaj zwyczaj. Jedzie razem z nim.




Ze względu na tłum, ale także w związku z obawami o ataki terrorystyczne, ustawiano bramki do kompleksu. Jedną dla mężczyzn, drugą dla kobiet. Policjantki sprawdzają mnie wykrywaczem metalu. W samym kompleksie już panuje tłok. Jakby cały Azerbejdżan nagle znalazł się tutaj. Starsze panie w spódnicach i chustami na głowie, młode kobiety z dziećmi, chłopaki z łady, mułłowie, ludzie z miasta i wsi, żebracy. Wszyscy są równi wobec tajemnicy żałoby. Bólu i stracie po ukochanych dzieciach Fatimy oraz zezłoszczeni na niewdzięcznego i podłego kalifa Jazyda. Jakaś pani daje mi chałwę w lawaszdzie. To smakołyk, który przygotowują w trakcie żałoby.

Ja razem z nimi próbuje być uczestnikiem tego wydarzenia. Te doświadczenie i w słuchanie się w ten rytm modlitw umocniło mnie w przekonaniu o potrzebie przeżywania żałoby i pozwolenia sobie na smutek, a nawet na gniew. 

Na placu ustawiono scenę, z której Mułła i nauczyciele recytowali Koran. Na całym jednakże terenie ustawiały się grupki modlących się osób. Jedna z osób, najczęściej nauczyciel, recytował modlitwy w języku Azerbejdżańskim,  a grupa wiernych odpowiadała na jego wezwania. To często mersiye, czyli lamenty. Minęły czasy w Imam Zade, gdzie ból wyrażano przez biczowanie. Wierni teraz uderzają swoją pierś otwartą dłonią. Daje to rytm do modlitwy. Najgłośniejsi są młodzi mężczyźni. Często ubrani w ciemne stroje. Z przepaską męczennika na głowie. Wsłuchuję się w słowa modlitwy.

Mieszkańcy Gandży i goście odwiedzają także sam meczet, który jest mauzoleum jednego z imamów (Məhəmməd Baqir). Do tego miejsca przebywają pielgrzymi z całego świata. Szczególnie podczas Aszury wierni chcą je odwiedzić. Meczet jest trochę oddalony od sceny. Trzeba przejść długą ulicą.  Wszędzie pełno ludzi. Wchodzimy na plac przy mazoleum. Przy meczecie stoi karetka. Dojrzała pani źle się czuję i ratownik mierzy jej ciśnienie. Jest bardzo dużo ludzi przed meczetem. Wokół kręcą się policjanci. Nie decyduję się jednak, aby wejść do samego meczetu. Kolejki. Trochę chyba wszyscy zmęczeni są czekaniem. Pani wyciąga z siatki słodki napój. Częstuje ludzi wokoło. Słuchamy jeszcze przez chwile Koranu i wracamy na plac. 

Najważniejszym punktem jest wspólna modlitwa na placu, która zaczęła się około godziny pierwszej. Wierni zgromadzili się już wokół sceny. Niestety nie rozumiem co mówią, jednak odczuwam pewne wzruszenie. Uroczystości powoli się kończą. Jeszcze tylko recytacja odpowiednich wersetów z Koranu. Po nim nauczyciel żegna się i dziękuję za wspólne bycie.

Po godzinie pierwszej popołudniu ludzie powoli wychodzą z Imam Zade. Było przy wąskich bramkach bardzo tłoczno. Jakiś chłopiec się zgubił, ale szybko odnalazł wujka.  Nie ma podziało na kobiety i mężczyzn. Dopiero wówczas zrozumiałam jak wiele osób przybyło na to święto. W postawionych maszrutkach panował tłok. Jest ich za mało. Na szczęście w tym dniu także prywatni kierowcy chętnie zabierają osoby. My złapałyśmy busa do centrum miasta.

Mieszkańcy Gandży są bardzo związani z Aszurą. Oficjalnie ten dzień nie jest wolny od pracy. Jednakże w mieście był widoczny uroczysty charakter tego dnia. Przed niektórymi mieszkaniami i sklepami ustawiono mały poczęstunek. Przy jednym z takich stoisk wypiłam słodki i pyszny szerbet. Zdziwiło mnie, że wiele sklepów było zamkniętym w tym dniu. Niektórzy właściciele otwierali je dopiero po pierwszej. 

Rozpoczął się ważny okres dla mieszkańców Gandży. Przez dwa miesiące będą oni w żałobie po Husajnie. Będzie ona odbijała się w życiu i przestrzeni. Na przykład nie będą organizowane ślub oraz inne większe przyjęcia.

Dla mnie było to pierwsze raz byciem świadkiem Aszury. Mam nadzieję, że mogła jeszcze raz w moim życiu uczestniczyć tym wydarzeniu. Pokazało mi to także tą religijną twarz społeczeństwa azerbejdżańskiego, które pomijałam w swoich postrzeżeniach.








poniedziałek, 10 września 2018

Turek Azer dwa bratanki

Pod koniec sierpnia wyjechałam do Turcji na krótki odpoczynek. Bardzo mnie ciekawiły różnice pomiędzy Turcją a Azerbejdżanem. Tutaj opisałam te, które zdołałam uchwycić. 

Gandża. Novruz, marzec 2018 r.
Warto powiedzieć na samym początku, że Azerbejdżan i Turcję jako kraje i społeczeństwa dzieli historia. Kraj ognia i herbaty znajdował się pod wpływami państwa Safawidów, również był sowiecką republiką.  To kształtowało współczesną mentalności Azerbejdżan. Turcja zaś bierze swoje korzenie z dorobku imperium osmańskiego. Jednakże nowoczesne państwo powstało po pierwszej wojnie światowej (1923 r.). Symbolem tej zmiany jest gaza Mustafa Kemal Atatürk.

Również są widoczne różnice na gruncie religijnym. W Azerbejdżanie, przynajmniej teoretycznie, dominuje wyznanie szyickie. Tymczasem w Turcji większość populacji stanowią sunnici. 

Panuje powszechne przekonanie, że Azerbejdżanie i Turcy są braćmi. Szczególnie podkreślane jest wspólne pochodzenie etniczne oraz językowe. Oczywiście w rozmowach z moimi azerbejdżańskim znajomymi spotykałam się również z opinią, że Azerbejdżanie są kulturowo i mentalnie podobni są bardziej do Armeńczyków i Gruzinów.

 Religijność i konserwatyzm. 


Nie będę tutaj pisała raczej o religijności społeczeństwa, a raczej widzianych przeze mnie jej wyrazów.  W Turcji na każdym kroku można zobaczyć meczet (cami). Czasami na jednej ulicy można zobaczyć dwa obiekty sakralne. Zresztą miejsca modlitw widziałam przy zajazdach autobusowych, obok restauracji, toalet i fast foodów. Dla porównania w moim azerbejdżańskim mieście, Gandży, znajduje się 6 meczetów (według Wikipedii). Wezwanie do modlitwy jest ogłaszane z zgodnie z szyickim wyznaniem, czyli trzy raz dziennie.

W Trabzonie, który jest znany z swojego konserwatyzmu, na ulicach widziałam wiele kobiet, które zasłaniały swoje głowy. W Azerbejdżanie można spotkać dziewczyny w hijabach, jednakże nie jest to większość. Starsze panie czasami zasłaniają głowy chustami. Nie zmienia to jednak faktu, że w kraju ognia i herbaty ludzie są bardziej, lub też inaczej, konserwatywni. Podam jeden przykład, który może wydać się dosyć błahy, ale zrobił na mnie duże wrażenie. Kiedy przybyłam do Trabzonu zobaczyłam kobiety, które palą papierosy! Niektóre z nich nosiły chusty na głowie. Publicznie! W Gandży natomiast damy nie mogą palić w restauracjach czy w parkach. Jest to bardzo źle widziane. Mogę zostać posądzone nawet o to, że parają się prostytucją.

Obrzeża Trabzonu. Widok z mojego hotelu. Sierpień 2018 r.

Język turecki vs azerbejdżański. 


Muszę na wstępnie dodać, że mój poziom obu języków jest podstawowy. Jednakże zauważyłam różnice. Oczywiście warto dodać są one są bardzo podobne. Różnią się jednak sposobem mówienia i także niektórymi strukturami gramatycznymi. Kiedy zadajesz pytanie w Azerbejdżanie możesz jedynie zaznaczyć to intonacją np. bilirsən? Tymczasem w tureckim trzeba znaleźć końcówkę: biliyor musun?

W tureckim, jak i azerbejdżańskim, występuję słowo sağol, dziękuję. Jednakże w Gandży te słowo jest bardziej uniwersalne. Można je także użyć jako nasze pa, do zobaczenia. W Stambule i Trabzonie słyszałam, że sprzedawca mówił do klienta: hoş geldiniz, ten odpowiadał: hoş bulduk. W Gandży możesz na takie przywitanie odpowiedzieć po prostu: sağol.

Warto tutaj sięgnąć do najsłynniejszego kaukaskiego romansu Ali i Nino, który został opisany przez Kurbana Saida. Główny bohater, Ali, obserwuje wojsko Turków, które zajęło Baku pod koniec pierwszej wojny światowej. Tak opisuje różnice językowe:
(...) turecki pułkownik przemawiał, starając się dopasować swoją miękką wymowę ze Stambułu do surowego brzemienia naszego dialektu. [K. Said, Ali i Nino, przeł. A. Gadzała, Warszawa 2017, s. 263.]
Moi tureccy znajomi także widzieli azerbejdżański jako bardziej surowszy język od tureckiego. Warto dodać, że Azerbejdżanie lepiej rozumieją turecki niż Turcy azerbejdżański. Wiążę się to z popularnością pop kultury z kraju Atatürka.


Oczywiście przedstawione tutaj rzeczy są jedynie te, które wyłapałam podczas mojego pobytu w Turcji. Inaczej na te kwestie pewnie spoglądają mieszkańcy obu krajów. Szczególnie, że niektóre różnice mogą być bardzo trudno uchwytne. Warto wybrać się w podróż z Stambułu do Baku. Może ona wydawać się długa, ale warto wówczas mieć przy sobie książkę, na przykład Ali i Nino.

sobota, 18 sierpnia 2018

Blog osobisty #1

Czasami zdarzają się dni, kiedy człowiek zaczyna tęsknić. W przenoszeniu się do ojczyzn i tych ziemskich i tych duchowych pomaga mi muzyka. Dzięki nowych technologiom mamy nieskoczenie i prawie zawsze dostęp do artystów z całego świata. Także ja z tego korzystam. Chciałabym się z Wami podzielić moim muzycznymi upodobnianiami, które do mnie powracają, często w chwilach nie łatwych. 


1. Świat Muzyki Klezmerskiej  


Nie słucham muzyki klezmerskiej na co dzień, ale towarzyszy mi już długo w moim życiu. Pamiętam, że kiedy chodziłam do gimnazjum, poszłam na mój pierwszy koncert klezmerskiego bandu w rodzinnym Kłodzku. Potem poznawałam różne zespoły na festiwalach kultury żydowskiej m.in. w Krakowie i Wrocławiu. Wracam do tych brzmień w odpowiednich chwilach mojego życia. Jak i klasycznie podanych,  jak również bardziej ubranych w nowoczesnych formy (np. Klezmafour). Pomimo tego, że część utwór jest śpiewana jest w języku jidisz, a sama muzyka ma konotacje z bałkańskimi brzmieniami, to bardziej traktuje muzykę klezmerską jako dla mnie naturalną, częścią mojej polskiej duszy. Kiedy Olga Bilińska śpiewała na jednym z koncertów w krakowskim Chederze kołysanki w jidisz, widziałam przed oczami polskie krajobrazy. 





Z drugiej kiedy słyszę poniższą piosenkę czuję, że jestem obywatelką świata. I czekam. Może Mesjasz przyjdzie? 




2. Polska Nowa Tradycja.


Mieszkam już w Azerbejdżanie już ponad 10 miesięcy i powoli zaczynam tęsknić za Polską, a szczególnie za ludźmi i językiem. Ostatnio zatem zaczęłam przypominać sobie moje ulubione kapele, które właśnie korzystają z polskiej tradycji. Piszę polskiej, ale regiony naszego kraju są też różne pod względem muzyki.

Uwielbiam także połączenie nowych brzmień oraz tradycyjnych instrumentów i wokali. Próbowałam słuchać surowego materiału i często było to dla mnie zbyt trudne do przyswojenia. 

1. Kapela ze Wsi Warszawa. Niezliczoną liczbę razy wysłuchałam płytę Nord. Coś nieoczywistego!  Piękne głosy! Teraz kiedy oglądam teledysk do Moja Dola przypomina mi się pogodne i ciepłe polskie lato. Niech jednak tutaj zabrzmią piękne Zagrajcie Muzykanty.



Żywiołaki. To chyba mój ulubiony zespół, aby wprawić się w dobry humor. Noc Kupały czy Świdryga i Midryga sprawiają, że chciałam bym tańczyć. Może w następnym roku uda się zorganizować imprezę w stylu iście słowiańskim.


W swoich podróżach muzycznych wracam często do projektu RUTA, która przerabia zapomniane pieśnie buntu chłopów w punkowe kompozycje. 
Także wracam do starszym kompozycji około folkowych jak niezapomniana piosenka z mojego dzieciństwa. Pieją Kury Pieją....


Na marginesie. Moja tęsknota za językiem polskim przejawiła się w sposób zaskakujący dla mnie. Otóż podczas jednej z internetowej relacji usłyszałam piosenkę Lady Punku z jakiegoś festiwalu, którą uważałam za głupiutką. Wzruszyłam się na niej! 


3. Królestwo Niebieskie i Ziemskie

Czasem mam jednak ochotę zanurzyć świat, który przeminął, albo też nigdy nie istniał. Wtedy najlepszym lekiem są ścieżki muzyczne do filmów. Gdy byłam w pierwszej klasie gimnazjum dostałam od mojej koleżanki płytę z muzyką dla Requiem dla snów. Towarzyszyła mi przez długie lata. Jednakże to właśnie soundtrack z Królestwa Niebieskiego został ze mną na dłużej. Zawiera wszystko co lubię: muzykę chóralną, elementy bliskowschodnie, podniosłość i dynamizm. Nie zrozumcie mnie źle, lubię też Madonnę i Zenona Martyniuka, którzy zupełnie nie robią takich utworów.


Jednakże moją ulubioną piosenką do wszelakich tęsknot, nawet jeżeli nie wiadomo za czym, jest stara piosenka. Lubię większość wykonań, choć ta jest jedną z moich ulubionych. W tym głosie zawarty jest cały smutek. 




Przedstawiłam tutaj część tutaj moich muzycznych fascynacji, które pozwalają mi potęsknić i przenieść się do Polski albo do innych części wszechświata np. romskiego taboru. Jestem pewna, że wiele osób także posiada taką playlista, która pomaga im tęsknić i się smucić szczęśliwie.

Pozdrawiam



wtorek, 7 sierpnia 2018

Muzeum Historyczne w Sumgait

Sumgait [azer. Sumqayıt] jest położone na północ od Baku. Jak każde szanujące się miasto także posiada własne muzeum regionalnym. Dziś kilka słów o tym przybytku wiedzy. 

Dzisiaj powrócimy zatem do mojego ulubionego tematu, czyli muzeum regionalnego. Nie będzie to recenzja, bo każdą taką instytucji kultury lubię na swój sposób. Raczej relacja i to niezbyt lotna ze względu na to, że minęło już kilka dni od tej pamiętnej wizyty. Mam nadzieję, że zachęcę. Koniec zatem wstępu. Zaczynajmy!

Sumgait jest stosunkowo młodym miastem. Założone w roku 1949 roku jako miejsce dla przemysłu.  Po upadku komunizmu fabryki zamknięto. Teraz zamiast przemysłu mieszkańcy miasta stawiają na turystykę i plażing. Socrealistyczne budownictwo miesza się z tym nowoczesnym, kiczowato-kurortowym. Mnie się to bardzo podoba. Warto, przynajmniej dla mnie, przyjechać dla plaży, ale także, aby posmakować qutab (inny rodzaj kete), czyli placków z mięsem albo zieleniną.

Symbol Sumgait.

Wszystkie przemiany gospodarcze, społeczne i polityczne odbijają się w samej wystawie muzeum regionalnego. Sama instytucja została ustanowiona pod koniec lat 60-tych. Budynek również natchniony jest latami 70-tymi. Zapłaciłam za wstęp 2 manata, to cena dla obcokrajowców, chociaż podejrzewam, że mogłam udawać Azerbejdżankę i kupić bilet za 50 qepi. Jednakże nie żałuję, bo pan oprowadził mnie iście po królewsku. 

Muzeum Historyczne w Sumgait.


Po pierwsze wystawa zajmuje dwie kondygnacje. Mój przewodnik, pracownik muzeum, oprowadzał mnie po azerbejdżańsku! Powiedzmy, że troszkę rozumiałam, a więcej się jednak domyślałam. Na parterze znajdowały się takie jakie wątki jak: wizyty w Sumgait Heydara Aliyeva (jako osobę z partii w latach 70-tych oraz już jako prezydent już Azerbejdżanu w 90-tych i na początku XXI w.), zdjęcia powstawania miasta, opakowania po proszkach i ubrania, które produkowano w mieście. Mnie zaciekawiły mnie prezenty od miast partnerskich, które ustawione są pod  złotym drzewem. Owa rzeźba łączy dwie kondygnacje. To zresztą bardzo ciekawy zabieg wystawienniczy. 

Prezenty z miast partnerskich.
Na drugiej kondygnacji pokazana są najważniejsze symbole oraz wydarzenia, nie tylko dla Sumgait, ale także dla całego Azerbejdżanu. Mamy zatem ujęcie regionalne wielkiej historii. Budowę socjalistycznego miasta pośrodku niczego, wojnę ojczyźnianą, konflikt z Armenią o Karabach czy masakrę 20 Yanvar. Z gablot patrzą na nas zdjęcia bohaterów, którzy zginęli albo wykazali się bohaterstwem. Imiona i nazwiska oraz ich krótkie biogramy. Często byli to młodzi ludzie.

Z drugiej strony jest też więcej pogody, optymizmu. Przedstawienie bohaterów dnia codziennego. Doktorów, nauczycieli, sportowców, którzy służyli mieszańcom Sumgait. Czarno-białe zdjęcia z występów czy dyplomy przewodników pracy. Na wystawie znalazło się miejsce dla pokazania wnętrza tradycyjnego azerbejdżańskiego domu oraz pokoju z lat 50-tych. 

Chciałam zapytać mojego przewodnika o ludność armeńską w Sumgait, ale stwierdził on, że wszyscy się wyprowadzili. Jedynym akcentem o wydarzeniach z roku 1988 były dwie książki, których tytuły sugerowały na to, że konflikty etniczne w Azerbejdżanie  były wynikiem działania rosyjskich służb. 

Na wystawie były prezentowane książki o Sumgait. Na fotografii te które dotyczyły konfliktu z Armenią.

Warto zauważyć, że prehistoria ograniczyła się jedynie do dwóch małych gablot, w którym znajdowały się obiekty z znalezisk. Także prezentowana była mała gablota z pieniędzmi, papierowymi i monetami, głównie jednak z okresu Związku Radzieckiego. 

Bardzo polecam muzeum w Sumgait. Wystawa bardzo dobrze oświetlona i ciekawa jeżeli chce się więcej dowiedzieć o życiu miasta. Bardzo miły pan przewodnik, który starał się do mnie oprowadzać. Oczywiście tych, którzy spodziewają się tutaj obiektów na skalę światową, Mona Lisy czy Słoneczników, muszę rozczarować. Eksponatami są tutaj rzeczy, które są ważne dla mieszkańców Sumgait i ich tożsamości regionalnej. 


Ps. Do Sumagait z Baku można się dostać pociągiem, ale także warto znaleźć maszrutkę z dworca autobusowego albo z stacji metra 20 Yanvar. Cena przejazdu maszrutką 80 qepi. [stan na 8.07.18]



czwartek, 26 lipca 2018

Muzeum państwowe w Gandży.

Muzeum państwowe mieści się ono w pobliżu gandżańskiego Univermarktu. Postanowiłam się do tej instytucji wybrać 26 lipca tegoż roku i zdać dla Was jakie skarby oraz regionalia tam są ukryte. 

Muzeum państwowe w Gandży nie należy do miejsc bardzo popularnych. Nie obawiajcie tłumów ani tłoku. Gdy ja miałam okazję go zwiedzać byłam jedyną turystką. Oczywiście moja osoba wzbudziła ciekawość pani, która sprzedaje bilety, oraz jej koleżanki. Łamanym azerbejdżańskim odpowiadałam na najważniejsze pytania takie: ile mam lat, czy mam męża, ile płacę na mieszkanie. Może was to nie spotka, chyba że znacie j. rosyjski lub azerbejdżański. Za wstęp do przybytku wiedzy o Gandży zapłaciłam 2 Manaty, czyli około 4 złotych.

Muzeum jest podzielone na dwie kondygnacje. Na pierwszym poziomie znajdują się czasy prehistoryczne, średniowiecze i salka poświęcona XIX-wiecznemu bohaterowi azerbejdżańskiemu, Mirzie Abbasowi Abbazade. Zaś na drugim piętrze przede wszystkim XIX-sty oraz XX-wiek. Czas zwiedzania w trybie na wpółwnikliwym wyniósł 50 minut, chociaż podejrzewam, że niektórzy mogę skończyć po 20 minutach. 

Muszę powiedzieć, że muzeum jest uroczo regionalne. Swoim wyglądem przypomina bardziej instytucje z naszych małych miasteczek niż z polski metropolii. Jako regionaliści poczujecie się tutaj bardzo swojsko. Jest tu z dawnego stereotypu muzeum: dywany, parkiety, makiety. Także plansze z mapami i zdjęciami. Warto dodać, że podpisy eksponatów są także w języku angielskim. 

Prehistoryczna część wystawy to niekończąca się ekspozycja garnuszków, dzbanuszków i ozdoby. Znalazły się też miejsce na kości pewnej pani z epoki brązu.

Wystawa szybko przemienia się w okres największego rozkwitu Gandży, czyli XI-XII. Oczywiście duża część poświęcona poetom, którzy byli związani z tym miastem. XX-wieczne wizerunki dawnych poetów na ścianach i stare wydania ich dzieł na półkach. Herosi słowa, którzy byli wychwalani nawet za okresu socjalizmu. Mnie wzruszyły makiety starej Gandży, miasta za czasów Safawidów. Na dolnym piętrze znalazło się także miejsce dla przedstawienie postaci Mirzy Abbasa Abasszade. Niestety dłuższe opisy są jedynie w języku azerbejdżańskim. 

Z narracją robi się ciekawiej na górnej części wystawy. Oczywiście, jak w każdym muzeum regionalnym, pełno zdjęć, stare puchary, dokumenty i czarno-białe fotografie. Jednakże mamy tutaj kilka ważnych elementów, które są ważne dla tożsamości współczesnych Azerbejdżan: sala poświęcona zmarłemu prezydentowi Hejdarowi Alijewowimasakrze w Chodżały (dokonanej na ludności azerskiej 23/24 lutego w trakcie konfliktu o Górnych Karabachu. Według strony Azerbejdżańskiej winni są Armeńczycy), wojna ojczyźniana (1941-1945). Wyróżniono także 20 January, czyli upamiętnianie zduszenie demonstracji w Baku. W świadomości Azerbejdżan, szczególnie w tym roku hucznie świętowanej, ważne jest powstanie Demokratycznej Republiki Azerbejdżańskiej (1918-1920), która przetrwała do wojny z Rosją Radziecką.  

Możemy zatem zobaczyć, że tożsamość mieszkańców buduje się na wielu płaszczyznach, które mogą się pozornie wykluczać (np. duma z I Republiki, z drugiej oddanie czci żołnierzom z II wojny światowej).  Ważną rolę odgrywa także konflikt z Armenią o Górny Karabach.

Czy warto? Oczywiście, że warto zobaczyć muzeum miejskie w Gandży. Szczególnie jeżeli ktoś lubi małe placówki z lekko staromodnym sznytem. Troszkę jeszcze ze sowiecką stylistyką, socrealistyczną. Zwiedza można powoli i nieśpiesznie. Polecam dla wszystkich regionalistów.

poniedziałek, 16 lipca 2018

Gorące lato w Gandży

Wczesną wiosną zanotowałam na blogu kilka słów o marcowym obrazie Gandży. Dzisiaj chciałabym wam opowiedzieć kilka słów o słonecznym mieście Nizamiego,

Gańdżańskie lato zaskoczyło mnie. Od dwóch tygodni żar się leje z nieba. Czasem nawet powyżej 40-stopni. Rozpływam się na chodniku. Wypijam kilka butelek wody. Ubieram się lekko. Próbuję przetrwać. Podziwiam te xale (czyt. hale, xala znaczy ciocia, można tak powiedzieć do starszej od ciebie kobiety w sytuacjach mniej formalnych np. do sąsiadki, na bazarze), które noszą się w czarnych sukienkach i tych młodzieńców w dżinsach i opiętych koszulkach. Tutaj jednak moda jest ważniejsza niż wygoda.


Na bulwarze.
Miasto też się zmieniło. Zimowymi wieczorami na ulicach przechadzali się jedynie młodzieńcy i starsi panowie. Teraz całe rodziny wylegają na miasto. Na bulwarze, przy rzece, ojcowie pchają wózki, a matki prowadzą dzieciaki. Starsze panie dyskutują na ławeczce. Pewnie o ślubach i pogrzebach. Starsi panowie idą oglądać mecz. Młodzi patrzą na siebie nieśmiało. Na lato warto mieć chłopaka/dziewczynę. Nawet pary zakochanych trzymają się za ręce. Jeszcze kilka lat temu było to niepomyślenia. Świat się zmienia!

Herbata dobra na wszystko.

Otworzono także herbaciarnie na świeżym powietrzu, gdzie młodzieńcy i starsi panowie popiją herbatę. Och jaki dobry jest ten gorący napój w tak upalny dzień. W takich miejscach można obejrzeć mecze z mistrzostw świata i pograć nerd. Wczoraj miałam okazję być w nowoczesnej cayxanie (jako osobna część restauracji). Moje pobieżna obserwacje wskazywały, że większość zgromadzonych tam osób kibicowało Chorwacji w finale piłkarskich mistrzostw świata. Choć znaleźli się również fani francuskiej drużyny. 

Turyści w Gandży. 
Pojawili się turyści w Gandży. Nie jest co prawda ich dużo. Jednakże wyróżniają się od mieszkańców miasta Nizamiego. Może już nabyłam tą umiejętność miejscowych, aby odróżniać zagranicznych gości w mieście. Warto przyjechać tutaj latem, chociaż pewnie dla wytrwałego podróżnika 2 lub 3 dni będą wystarczające. Potem do Goy-gol albo do Baku...

Krajobraz po bitwie...
Po ostatnich gorących wydarzeniach (próba zabicia prezydenta miasta, proteście oraz śmierci dwóch funkcjonariuszy podczas niego) pojawiło się więcej policji na ulicach. Jednak życie w mieście wydaje się być niezakłócone. Gandżanie przywykli do burz.

Dalej mieszkańcy Gandży żyją rytmem swojego dnia, a ja nadal próbuję dostosować się do niemiłosiernych dla mnie upałów... Dobrze, że dzisiaj troszkę pada...




Jak przetrwać codzienność?

Jak przetrwać codzienność? Od pewnego czasu także zadaję sobie te pytanie. Pewnie nie tylko ja, lecz większość ludzi na naszej pięknej Ziem...